5 rzeczy, które pokochałam w czerwcu

Rany, jak ten czas leci. Dopiero co byłam w Berlinie na urodziny, a tu już lipiec! Nie znaczy to, że czerwiec był nieudany, bynajmniej. Pogoda była ładna, dni coraz dłuższe, było sporo rozrywek, były spokojne wieczory na kanapie… A co pokochałam w czerwcu?

Po pierwsze – serial Fauda na Netfliksie. Obejrzeliśmy z Markiem już wszystko, co nam się podobało, parę seriali odrzuciliśmy całkiem szybko. Fauda nie brzmiała jak nic – bo też okazało się, że jest to serial izraelski, dziejący się na pograniczu izraelsko-palestyńskim. Sensacyjny, więc od razu nas zainteresował. Do tego mówiony prawie wyłącznie po hebrajsku i arabsku, więc wymagający skupienia i czytania napisów – żadnego przeglądania Instagrama w trakcie odcinków. Fauda to serial całkiem realistyczny, bez słodzenia, bez happy endów. Ja już czekam na drugi sezon.

Po drugie – olejek do demakijażu Origins Modern Friction. Napiszę o nim więcej, ale tutaj powiem tylko, że fenomelnalnie zmywa makijaż i pachnie jak mój ulubiony krem sprzed lat. Pamiętacie linię z ryżem AA Oceanic? Pachniała słodkawo, właśnie ryżem. Ten olejek ma ten sam zapach, więc dla mnie jest idealny.

Po trzecie – ser biały z wędzoną oliwą i suszoną papryką chipotle. Jem ser biały na śniadanie prawie codziennie, zwykle w połączeniu z grzanką z Vegemite, pomidorem, awokado, hummusem. Jakoś wpadłam na tę oliwę – najlepiej wędzoną, chociaż zwykła też może być – i jakie to jest dobre! Nawet jeśli jesz biały ser głównie na słodko, spróbuj tej wersji chociaż raz. Tylko warunek konieczny: ser musi być dobry, miękki, aksamitny.

Po czwarte – magazyn Przekrój. W czerwcu ukazał się trzeci numer i jak zwykle mnie zachwycił. Pewnie, trzeba się nauczyć, że tu nie ma takich artykułów, jakie znamy z tygodników opinii, nie ma szybko podanych newsów, ale za to są piękne ilustracje, zabawne krótkie formy, a w tym numerze też opowiadanie Francisa Scotta Fitzgeralda. Najlepiej!

Po piąte – mus do rąk ManiQure Alessandro. Dużo gotuję, często moczę ręce w gorącej wodzie, więc zwykle skóra jest trochę przesuszona. Mam kremy do rąk wszędzie – w torebce, na biurku, w sypialni, w łazience – ale zwykle wcieram ich za mało, bo nie lubię, kiedy dłonie mi się lepią od kremu. W moim nowym miejscu na paznokcie, Salonie M. M. w Rembertowie, polecono mi mus do rąk Alessandro. Spróbowałam, spodobało mi się, kupiłam. Zużyłam, jak widać na zdjęciu, większość, bo odrzuciłam w zasadzie inne preparaty do rąk. Ten jest najlepszy – nawilża, odżywia, szybko się wchłania, nie zostawia lepiej warstwy, ma bardzo delikatny zapach. Polecam!

Udostępnij wpis:

Leave a Reply

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial