5 rzeczy, które pokochałam w lipcu

Wakacje na półmetku. Lato w pełni – właśnie przechodzi nad Polską fala upałów. Czy poza dużymi ilościami wody, coś pokochałam w lipcu? Owszem. Oto moje zachwyty z ubiegłego miesiąca.

Po pierwsze, znów byliśmy na Nocnym Markecie. I to więcej niż raz. Nie da się tam nudzić, zawsze jest dobra atmosfera, przyjemna muzyka i masa dobrego jedzenia. Nasze odkrycie to Koreanka i kanapka z wieprzowiną (samgyeopsal). Lekko ostre mięso, dużo zieleniny (szczypior, kolendra), kimchi, świeża bagietka. Aha, jedną taką bagietą spokojnie można się podzielić, bo też największa przyjemność na Nocnym Markecie to dla mnie wycieczka w kilka osób i zniesienia na stół kilku różnych dań, które potem smakujemy i oceniamy.

Po drugie, Ozark – serial amerykański, do obejrzenia na Netfliksie. W roli głównej Jason Bateman – ponury, kalkulujący, skoncentrowany na celu finansista na usługach mafii. Ale to nie jest taki thriller, jak myślisz – wszystko dzieje się nie w wielkim mieście, ale na malowniczym odludziu, rodzina jak z obrazka jest udana tylko na obrazku, a mieszkańcy miasteczka mają masę tajemnic. Wszystko pociągnięte ciemnym, granatowym filtrem. I te widoki! Aha, to nie Missouri, tylko Georgia, gdyby ktoś planował wycieczkę.

Po trzecie, limonkowy Carmex. Niestety, moje balsamy Eos, które przywiozłam sobie z Kanady (zakupy w Costco są najlepsze na świecie!), są dobre tylko kiedy mam usta w dobrym stanie. Ostatnio je sobie przesuszyłam i jedyne poza miodem, co sobie radzi z nawilżeniem i odżywieniem ust, to właśnie Carmex. Nie będzie to pierwsze opakowanie, które zużyję, pewnie i nie dziesiąte, ale chyba już nie będę szukać zastępstwa.

Po czwarte, limonkowy żel pod prysznic Original Source. W Rossmannie ostatnio coraz trudniej o ten wariant i poprzedni miesiąc czy dwa kupowałam jakieś inne żele do mycia ciała. Niby nic takiego, w końcu co za różnica, czym się myjemy? Ale jednak limonkowy Original Source jest najlepszy, nawet mimo jadowitego koloru.

Po piąte, „Harda” Elżbiety Cherezińskiej. Czytałam dwie inne książki tej autorki, były ciekawe, świetnie napisane, ale tutaj jest coś więcej. Naprawdę nie mogłam się oderwać, siedziałam po nocy i czytałam historię córki Mieszka I. Wiele rzeczy jest tu przez Cherezińską zmyślonych, bo nie miała skąd znać dialogów, nastawienia jednych postaci do innych, ba, sama Harda może być nie tą osobą, za którą Cherezińska ją bierze, bo źródła historyczne z początków państwa polskiego o kobietach wspominają niewiele. Ale jest to świetna lektura przygodowa, na szczęście bez koszmarnego „postarzania” dialogów, z niejedną zabawną sceną i z doskonałą lekcją historii w tle.

Udostępnij wpis:

Leave a Reply

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial