Być może nie jeżdżę na targi czy kongresy co miesiąc, ale przez lata wyjazdów zawodowych (36h gdzieś-tam, nagrania, kolacja, taszczenie wszystkiego z i do samolotu) sprawdziłam na własnej skórze, co działa, a co nie. I mówiąc „skóra” mam na myśli zarówno pielęgnację, jak i ubrania. Ucz się na moich błędach, nie musisz na własnych!
Spis treści
Kosmetyczka na wyjazd – co spakować?
Jeszcze raz powtórzę: to NIE JEST wyjazd na wakacje, nawet nie city break. Byłam na dziesiątkach wyjazdów zawodowych, które zwykle zaczynają się jednego dnia bladym świtem, a kończą drugiego późnym wieczorem. W wersji deluxe mam wylot pierwszego dnia i powrót trzeciego. Jedyne, co działa, to bagaż podręczny, nikt nie czeka na walizkę (chociaż o tym mam historyjkę, opowiem ją na końcu tego tekstu), tylko lecimy dalej.
W kosmetyczce musi się zmieścić:
Szczoteczka do zębów i pasta – polecam małe opakowania pasty. Moja dentystka zwykle daje mi takie prezenciki przy okazji wizyt kontrolnych, ale małe tubki Meridolu można bez trudu kupić w drogerii. Moja szczoteczka, jak pisałam w artykule o rzeczach, które zawsze zabieram, jest elektryczna, ale gdybym musiała zostawić ją w domu, kupię cokolwiek w drogerii, bo i tak wychodzę z założenia, że nie wraca ze mną do domu.
Pianka do twarzy – bo tego na pewno nie będzie w pokoju hotelowym. Ja mam moją sprawdzoną, 50 ml wystarcza mi na kilka wyjazdów. Po drugim-trzecim wystawiam ją pod prysznic w domu, żeby ją zużyć do końca.
Tonik i Foreo Bear – tak, serio. Nie, nie robię przerw od masowania twarzy Foreo Bear i przypuszczam, że dzięki temu wyglądam tak, jak wyglądam, a zrzucenie 20 kg nie poskutkowało zwisającą skórą twarzy i szyi. Tonik przelewam do małej torebki z zakręcanym korkiem z klapką – to o wiele lepsze rozwiązanie niż mini-buteleczki, bo moje opakowanie jest płaskie. Te torebki na kosmetyki kupiłam na Amazon, jest tego masa, kupuje się kilkadziesiąt naraz i ma zapas na długie lata. W przypadku przelewania produktów mniej płynnych przydaje się pipeta albo strzykawka (bez igły), do kupienia w aptece. Foreo Bear ma tę zaletę, że bateria wytrzymuje chyba ponad miesiąc przy codziennym użytkowaniu, więc nie trzeba myśleć o ładowarce.
Serum odżywcze – podczas wyjazdów zawieszam moją pielęgnację (na co dzień robię skin cycling) i używam tego samego serum rano i wieczorem, inny jest tylko krem kładziony na nie. Wychodzę z założenia, że jak raz pominę kwasy i lub retinoidy, nic się nie stanie, a po całym dniu w klimatyzowanych (czasem aż za bardzo) salach i w świetle jupiterów moja skóra potrzebuje po prostu świętego spokoju.
Sprawdzony SPF na dzień i łagodzący krem na noc – o ile krem na noc wybieram z puli minisów/saszetek, które zbieram przy okazji zakupów, to SPF musi być mój sprawdzony. I nie, SPF nie jest niepotrzebny, nawet jeśli siedzisz w MCK cały dzień, bo jakoś się do niego przedostajesz, może wychodzisz na chwilę pooddychać świeższym powietrzem.
Krem z kolorem (ale nie taki, jak myślisz) – od lat się nie maluję, bo zwyczajnie nigdy tego dobrze nie umiałam, więc porzuciłam te zabiegi bez żalu. Jasne, nadal gapię się jak sroka w gnat na przepiękne palety do makijażu, do konturowania, ale to raczej zachwyt teoretyczny. Ad rem: polecałam krem Origins Ginzing już tyle razy, że pewnie wszyscy słyszeli, ale polecę ponownie. Nakładam go NA krem SPF, ale dopiero po jakichś 10 minutach od nałożenia SPF, żeby nie rozmazać wszystkiego. Ten krem nadaje mi glow jak nic innego, nie muszę tego robić makijażem.
Szczotka do włosów, szampon, odżywka i spray nadający objętości – zwykle w hotelach jest płyn do mycia włosów i ciała przykręcony pod prysznicem. Nie są najgorsze, ale w połączeniu z inną niż w domu wodą i brakiem czasu na powolną, dokładną pielęgnację i układanie włosów, ryzykuje się czymś niepożądanym, dlatego chomikuję na takie wyjazdy wszystkie saszetki ze sprawdzonymi kosmetykami do włosów. Mam też mini-opakowania moich ulubieńców z BasicLab – te można kupić, trzeba tylko pamiętać, kiedy były otwarte, żeby je zużyć w odpowiednim czasie. Spray nadający objętości to od ponad roku mój sprawdzony trik na dobre włosy. I tak je wiążę, ale co innego kucyk czy koczek pełen objętości, a co innego smętna kitka spływająca gdzieś po głowie.
Antyperspirant i perfumy – nie mam żadnego triku na mniejszy antyperspirant, a to też musi byż rzecz sprawdzona, bo czasem jest się poza hotelem kilkanaście godzin. Przez lata ustaliliśmy z Markiem, że w kosmetyczce podróżnej jeździ jego antyperspirant Gillette w żelu – jest bardzo skuteczny i nie barwi ubrań, a przy tym opakowanie jest bardziej płaskie niż walcowate. Co do perfum, przez lata woziłam podróżne opakowanie Chanel, bo bardzo lubiłam Chance eau fraiche, ale odkąd jest ogromny wybór mini-opakowań perfum o pojemności 10 ml, nie muszę się ograniczać. Mam zawsze kilka takich mniejszych fiolek w domu i ostatnio wybrałam Etat Libre d’Orange You Or Someone Like You. Świeże, ale w żadnym przypadku banalne perfumy, które skomplementowała osoba w windzie. Ważne: psiknij się nimi z raz na próbę przed wyjazdem, bo po co potem masz się męczyć z zapachem, który Ci nie odpowiada.
Balsam do ciała – bo z tym też w pokojach hotelowych bywa różnie. Przelewam do torebki z zakrętką to, czego aktualnie używam (i co nie jest masłem do ciała), używam od serca, jedna torebka schodzi akurat na 1-2 noce.
Ubrania na targi / kongres – jak stworzyć garderobę kapsułową?
Nie przepadam za określeniem „garderoba kapsułowa” na co dzień, bo lubię mieć opcje. Mam kilkanaście swetrów, kardiganów, kilkadziesiąt apaszek, butów też o wiele za dużo według wytycznych garderoby kapsułowej. Ale nie będę jechała z pełnowymiarową walizką na 2 czy 3 dni – poza tym, jeśli lecę na miejsce samolotem, konieczne jest zmieszczenie wszystkiego do walizki nadającej się do wzięcia na pokład.
Moja pierwsza rada: nie zaczynaj od ubrań, tylko od butów. I nie bierz szpilek. Jeśli nie jesteś hostessą, najprawdopodobniej nikt nie oczekuje od Ciebie męczenia się w niewygodnym obuwiu. I cena nie ma tu nic do rzeczy – widziałam panią w pięknych Louboutinach, która przemierzała korytarz MCK z grymasem na twarzy.
Ja zdecydowałam się na moje Adidas Sambae na dzień oraz mokasyny Tod’s na wieczór. Samba/Sambae wybrało jakieś 3/4 dziewczyn obecnych na kongresie, a z Todsów musiałam wylewać wodę po rześkim spacerze w deszczu z hotelu do NOSPR (byliśmy w Katowicach, odległość nieduża, ale idealnie trafiło w ulewę, kiedy szliśmy na kolację). I prawdę mówiąc, byłam pewna, że z tych ostatnich NIC nie zostanie, ale po wylaniu wody już było wszystko w porządku. Wyschły błyskawicznie, bez żadnych zacieków, w hotelu wypchałam je jeszcze papierem toaletowym, żeby wyciągnąć resztę wilgoci, po czym założyłam je ponownie następnego dnia wieczorem, na kolację (ale już mi się nie chciało donikąd chodzić i spędziłam cały wieczór w hotelu).
Wracając do butów na dzień – jasne, ja jestem dziennikarką / producentką, mnie nikt nie rozlicza z tego, w co się ubrałam, więc mogłam założyć buty w kolorze szmaragdowym z kwiatowymi wstawkami, ale gdybym była powiedzmy jedną z wystawczyń, kupiłabym sobie jakieś cichobiegi w stonowanych odcieniach. I koniecznie sprawdziłabym je przez kilka dni przed wyjazdem.
Teraz druga polecajka, typowo dla dziewczyn: stanik. Ja na co dzień nie noszę staników, bo nie lubię, ale mimo wszystko w kontekście zawodowym uważam, że raczej wypada. Znalezienie stanika to dla mnie zawsze była udręka, bo nie lubię koronek, nie lubię fiszbin, nie lubię tego całego doktoratu z „jaki masz rozmiar miseczki”. Jak ktoś lubi, to świetnie, dla mnie to udręka. Jakieś pół roku temu zaczęły za mną po internecie latać reklamy czegoś o nazwie jelly bra – miękki stanik, zbierający i podnoszący biust, idealnie chowający się pod t-shirtem. Opanowałam się i nie kupiłam go z USA, bo konieczność płacenia cła i VAT trochę mnie odstrasza od takich ekstrawagancji. Ale znalazłam polskiego producenta podobnych staników, Julimex. I kupiłam ich Jelly Bra Basic.
I tu zastrzeżenie: to NIE jest artykuł sponsorowany, wszystkie 3 staniki tej marki kupiłam za własne. Co więcej, nie uważam, żeby były szczególnie wytrzymałe, bo przy moim oszczędnym noszeniu (powiedzmy raz w tygodniu) pierwszy stanik zniszczył się po niecałych 6 miesiącach noszenia. Ale to, co przemawia za tym wyborem dla mnie, to komfort. W środę ubrałam się o 4 rano, pierwszy raz mogłam się przebrać wieczorem, po jakichś 14 godzinach. Nic mnie nie uwierało, nie miałam ochoty zakopać się pod kołdrą, ubrałam się w strój wieczorowy i poszłam w miasto.
Kiedy już znajdziesz buty i stanik (staniki, bo nie zaszkodzi mieć co najmniej dwa), przechodzimy do właściwej garderoby kapsułowej. W moim przypadku dołem są tylko spodnie, nie noszę spódnic ani sukienek – poza tym, serio, na targi to tylko uciążliwość. Pojechałam w jednych dżinsach, jasnych (czy je upaćkałam oliwą z kanapki od razu po przyjeździe na dworzec w Katowicach? Oczywiście, ale na szczęście mało rzucało się to w oczy), na wieczór miałam spodnie wełniane, ciemne, a na drugi dzień – ciemne dżinsy. Góry dopasowałam tak, żeby można je było dowolnie miksować – ciemny sweter pasował do jasnych dżinsów, ale mogłby i do ciemnych, bo to podobny odcień granatu. Chabrowy kardigan nosiłam zapięty pierwszego dnia i rozpięty, z t-shirtem w paski, drugiego. Na wieczór miałam niebieski kaszmirowy sweterek na dzień pierwszy oraz cekinowe polo na dzień drugi. Finalnie jednak nie chciało mi się uczestniczyć tak szeroko w grach i zabawach i kolejne wyjście zaliczył kardigan, zestawiony z białym t-shirtem (odważnie, zważywszy, że jadłam kolację, a potem jeszcze tatara) i kolorową apaszką.
Właśnie, apaszki. Nie noszę dużo biżuterii, a na kongres ograniczyłam się tylko do zegarka (wybrałam klasyczny Beaubleu z ciekawą komplikacją), więc postanowiłam zagrać apaszkami. Miałam trzy, po jednej na każdy dzień kongresu. W ostatniej wracałam. Zatrzymaliśmy się na ładowanie i obiad i oczywiście, że podczas zdejmowania, żeby nie pobrudzić, przeciągnęłam apaszką po tłustym sosie. Na szczęście gdzieś na boku i na szczęście mąka ziemniaczana wyciągnęła większość tłuszczu z jedwabiu.
Kiedy nadać walizkę na bagaż?
Wyłącznie na locie powrotnym. Zakładam, że w dniu powrotu masz tylko dojechać do domu, a nie do biura i coś jeszcze robić. Ja ostatnio w Goteborgu kupiłam 4 dżemiki. No co poradzę, kurtki ani kamizelki Volvo nie chciałam, a dżemiki do mnie przemówiły. Niestety, mają pojemność powyżej 100 ml, więc na lotnisku poszłam nadać walizkę pod pokład. Ważne: rób to tylko, jeśli nie wieziesz w niej czegoś nie-do-odzyskania. Np. laptopa przełożyłam do torebki (jak dobrze, że Neverfull jest naprawdę never full). Walizki, nawet podręczne, zwykle mają jakiś zamek szyfrowy – z tego też warto skorzystać.

Related posts

Cześć!
Mam na imię Ania. W moim blogu znajdziesz masę porad o tym, jak dobrze wybierać – tak, żeby było pięknie. Szukasz przepisu na obiad, chcesz zrobić udane zakupy, a może nie wiesz, jak rozpoznać podróbkę? Zapraszam!Masz pytania? Napisz do mnie:
ania@jestpieknie.pl
