Jest takie określenie w języku angielskim, „worried white women”. Czyli zmartwione białe kobiety. W skrócie, chodzi o to, że jak nie masz problemów, to zaczynasz ich sobie szukać – i często są to problemy wydumane. Jakiś czas temu jedna z moich znajomych w jakiejś rozmowie o kosmetykach powiedziała, że ona właśnie użyła aplikacji takiej czy innej i sprawdziła wszystko, co ma. Wskutek tego sprawdzania, wyrzuciła połowę kosmetyków, bo aplikacja powiedziała, że jakiś tam składnik jest niebezpieczny.
W innej rozmowie z koleżanką padło pytanie o to, czy kosmetyki (tej samej marki) ze sklepu A i B są na pewno takie same, bo może to jakaś inna dystrybucja i czy to bezpieczne.
Zaczęło mnie to zastanawiać, a zwykle, kiedy coś mnie zastanawia, to robię przegląd danych w internecie – i stąd ten artykuł. Jest kilka rzeczy, które należy wziąć pod uwagę – i większość tego, co tu napisałam, Was uspokoi. Ale nie wszystko.
Spis treści
Europejskie standardy vs. strach
Produkty kosmetyczne, wprowadzane do obrotu na terenie Unii Europejskiej, podlegają rejestracji w bazie CPNP (Cosmetic Products Notification Portal) prowadzonej przez Komisję Europejską. Jest też długa lista składników, których produkty kosmetyczne wprowadzone do obrotu w UE nie mogą zawierać. Dla chętnych – lista jest tutaj, zaczyna się na stronie 25 tego pliku PDF.
Przypuszczam, że nie każdy tak bardzo jak ja lubi czytać rozporządzenia i inne dokumenty prawne, więc w skrócie – każdy kosmetyk dopuszczony do obrotu w UE jest bezpieczny.
To powiedziawszy, mogą być oboczności w produktach drogeryjnych, wysokonakładowych, wynikające z różnic w preferencjach konsumentów na danym rynku. To trochę tak jak z tą chemią z Niemiec, która podobno jest lepsza – bo bardziej skoncentrowana, dlatego że Niemcy są skrupulatni i leją tyle płynu, ile jest napisane na opakowaniu, a my mamy ułańską fantazję i lejemy na oko. Do chemii z Niemiec jeszcze wrócimy, ale na razie chciałabym też wyjaśnić kilka niedawnych zmian w legislacji – i wynikających z tego zmian w ofercie i dostępności niektórych kosmetyków:
Retinol i jego rodzina
Limit 0,3% to nowa świętość dla produktów do twarzy.
Twarz: Maksymalnie 0,3% RE (równoważnika retinolu). Dotyczy to czystego retinolu, octanu i palmitynianu retinylu.
Ciało: Tutaj restrykcje są jeszcze ostrzejsze – tylko 0,05%.
Dlaczego? Nie dlatego, że retinol nagle stał się „trujący” dla skóry, ale dlatego, że jako populacja dostarczamy sobie za dużo witaminy A z jedzenia i suplementów. UE boi się przedawkowania (hiperwitaminozy).
Ważna data: Od 1 listopada 2025 nie wolno już wprowadzać do obrotu nowych produktów o wyższych stężeniach. To, co widzimy w sklepach z wyższym % (np. stare zapasy 1%), musi zniknąć z półek do maja 2027.
Ale wiesz, że w tych limitach nie ma retinalu (retinaldehydu)? To dlatego teraz w sklepach jest taki wysyp produktów z retinalem. Producenci uciekają od limitów retinolu w stronę retinalu, który na razie nie jest tak ściśle uregulowany, a działa szybciej.
Kwas kojowy i arbutyna
Kwas Kojowy: Nowy limit to 1% (tylko w produktach do twarzy i rąk). Wcześniej bywało różnie, ale uznano, że może wpływać na gospodarkę hormonalną.
Alfa-Arbutyna: Limit 2% w produktach do twarzy.
Beta-Arbutyna: Limit 7% w kremach do twarzy.
Co jest “nie tak” z alfa-arbutyną?
Problem z arbutyną nie polega na tym, że ona sama w sobie jest zła, ale na tym, co może się z nią stać w kosmetyku lub na skórze:
Uwalnianie hydrochinonu: Alfa-arbutyna to pochodna hydrochinonu (bardzo silnego, ale kontrowersyjnego składnika rozjaśniającego). W pewnych warunkach może ona uwalniać hydrochinon, który w UE jest zakazany w kosmetykach dostępnych bez recepty, ponieważ może być toksyczny dla komórek i wywoływać np. ochronozę (nieodwracalne przebarwienia).
Ryzyko kumulacji: UE uznała, że musimy ograniczyć stężenia, aby mieć pewność, że nawet przy regularnym stosowaniu poziom uwalnianego hydrochinonu pozostanie marginalny i bezpieczny dla organizmu.
“Chemia”, która znika (Maj 2026)
Lista substancji zakazanych, o których pisałam wyżej, nie jest zamknięta. Bezpieczeństwo kosmetyków w Unii Europejskiej jest cały czas badane i w świetle wyników badań podejmowane są decyzje. Dosłownie za dwa tygodnie (1 maja 2026) wchodzi w życie zakaz sprzedaży dla około 15-18 substancji uznanych za CMR (rakotwórcze, mutagenne lub szkodliwe dla rozrodczości). Wśród nich są:
Hexyl Salicylate: Częsty składnik kompozycji zapachowych – teraz mocno ograniczony.
Srebro (proszek): Zakazane w większości form, z wyjątkiem bardzo specyficznych stężeń w pastach do zębów czy cieniach do powiek.
A co z kosmetykami z Chin?
Mamy ostatnio samochody z Chin, latamy na wakacje w różne miejsca oddalone od Polski. Czy jest się czego bać? Przyznam, że ten kawałek researchu robiłam trochę dla siebie – Marek leci do Chin i zastanawiałam się, czy zamówić jakieś kosmetyki, czy odpuścić. Finalnie zdecydowałam się nie powiększać mojego backlogu pielęgnacyjnego i na listę zakupów dla Marka wpadły inne drobiazgi. Ale research zrobiłam.
Chiny pod wieloma względami mają bardziej restrykcyjne prawo kosmetyczne niż UE, choć rzeczywistość rynkowa bywa tam bardziej “dzika”. Oto jak to wygląda w praktyce (stan na 2026 rok):
Hydrochinon: Zakazany (ale z gwiazdką)
W Chinach, podobnie jak w UE, hydrochinon jest zakazany w ogólnodostępnych kosmetykach. Chińska agencja NMPA (odpowiednik naszego Sanepidu czy amerykańskiego FDA) uznaje go za substancję leczniczą, a nie kosmetyczną.
Problem: Mimo zakazu, w Chinach (i innych krajach azjatyckich jak Filipiny, Pakistan czy Wietnam) hydrochinon bywa nielegalnie dodawany do kremów wybielających “no-name” lub produktów niszowych marek, które omijają oficjalną certyfikację. Często nie ma go w składzie na opakowaniu, a jest w środku.
Zanieczyszczenia: Chiny kładą ogromny nacisk na badanie alfa i beta-arbutyny pod kątem tego, czy nie są zanieczyszczone hydrochinonem. To u nich bardzo pilnowany punkt przy rejestracji składników.
Czy chińskie marki mają inne składy?
Jeśli kupujesz oficjalną chińską markę (np. Florasis czy Perfect Diary), to one trzymają się standardów międzynarodowych. Jednak rynek wewnętrzny Chin ma swoją specyfikę:
Baza składników: Chiny mają listę IECIC (International Cosmetic Ingredient Inventory). Jeśli jakiegoś składnika nie ma na tej liście, marka nie może go użyć. Co ciekawe, ta lista jest często krótsza i bardziej restrykcyjna niż unijna. Wiele nowoczesnych składników z UE czy USA latami czeka na dopuszczenie w Chinach.
Rtęć: To największa zmora “dzikich” rynków azjatyckich. W UE jest nie do pomyślenia, w Chinach w oficjalnym obiegu też jest zakazana, ale w badaniach produktów kupowanych na tamtejszych “bazarkach” online (poza oficjalną dystrybucją) rtęć wciąż się pojawia jako tani i skuteczny wybielacz.
Tu artykuł o rtęci w kosmetykach oferowanych na rynku filipińskim.
Wrócę na chwilę do “chemii z Niemiec”. O ile to, co kupujesz w Rewe podczas wakacji w Niemczech jest normalnym produktem i na pewno jest bezpieczne, to trzymałabym się z daleka od wszystkich ofert na targach, bazarach czy w innych miejscach, gdzie ktoś sprzedaje towar prosto z bagażnika samochodu. Nie dlatego, że taka jestem przejęta bezpieczeństwem fiskalnym takiej transakcji, ale dlatego, że chemia z Niemiec też jest podrabiana.
Tu więcej o podróbkach chemii z Niemiec:
A tutaj – Demagog o tym, jak wyglądają (czy wyglądały) te mityczne różnice w składzie i jakości. I o tym, jak dyrektywa unijna Omnibus miała za zadanie to ukrócić.
Składniki, których w UE nie wolno, a tam wolno (i odwrotnie)
Różnice wynikają głównie z filozofii bezpieczeństwa:
Filtry UV: Chiny i UE mają dość podobne listy nowoczesnych filtrów (znacznie lepsze niż USA), ale niektóre azjatyckie filtry mogą mieć inne dopuszczalne stężenia.
Konserwanty: UE masowo banuje kolejne parabeny czy donory formaldehydu. Chiny często podążają tym śladem, ale z kilkuletnim opóźnieniem.
Wybielacze: W Chinach popularne są ekstrakty roślinne (np. z piwonii czy lukrecji) w stężeniach, które w UE mogłyby być uznane za “lecznicze” i przez to trudniejsze do zarejestrowania jako zwykły krem.
Daleki Wschód (Filipiny, Wietnam, Pakistan)
OK, to może nie są najczęstsze kierunki wakacyjne. Nadal, temat jest istotny. Co można znaleźć w kosmetykach z tamtych rynków?
Rtęć (Mercury) – król azjatyckich wybielaczy
To jest prawdziwy dramat tamtych rynków. Rtęć jest tania i niesamowicie skuteczna w hamowaniu melaniny.
Dlaczego to groźne? Rtęć to silna neurotoksyna. Przenika przez skórę do krwiobiegu, uszkadza nerki i układ nerwowy. Co gorsza, osoba używająca takiego kremu “zaraża” otoczenie – rtęć paruje i osiada na przedmiotach, więc mogą się nią zatruć domownicy (nawet dzieci!).
Skala: Badania FDA i organizacji konsumenckich regularnie wykazują w kremach z Pakistanu (np. słynne Goree czy Sandal) stężenia rtęci przekraczające normy o tysiące razy.
Kortykosteroidy (Sterydy)
W Wietnamie ogromnym problemem są tzw. “Kem trộn” (kremy mieszane). To domowej roboty mikstury sprzedawane w internecie lub na targach.
Co jest w środku? Często silne sterydy medyczne (np. deksametazon).
Efekt: Na początku skóra wygląda jak marzenie – staje się nienaturalnie biała, gładka i bez ani jednego pryszcza (sterydy gaszą każdy stan zapalny).
Finał: Po odstawieniu następuje “efekt odbicia” – skóra staje się papierowa, pękają naczynka, pojawia się trądzik sterydowy, którego niemal nie da się wyleczyć. To niszczy barierę skórną na lata.
Hydrochinon w dawkach “końskich”
W UE (jak już wiemy) jest zakazany. W Pakistanie czy Wietnamie bywa dodawany w stężeniach 4-8% (u nas nawet na receptę rzadko daje się tyle). Długofalowo powoduje ochronozę – skóra robi się szaro-niebieska i wygląda jak brudna.
Formy ochrony konsumentów w Azji (Wietnam, Pakistan, Indie)
W teorii każdy z tych krajów ma odpowiednik naszego Sanepidu:
Wietnam (DAV – Drug Administration of Vietnam): Teoretycznie kosmetyki muszą być rejestrowane, a składniki zakazane w UE są zazwyczaj zakazane też tam. Problem polega na skuteczności. Rynek “domowych mieszanek” jest tak ogromny i rozproszony po mediach społecznościowych, że państwo nie nadąża z blokowaniem sprzedaży.
Indie (CDSCO): Indie mają całkiem solidne prawo kosmetyczne, wzorowane częściowo na brytyjskim. Firmy muszą mieć licencje na produkcję. Ale znowu – Indie to kontynent. Obok wielkich laboratoriów istnieją tysiące małych manufaktur “garażowych”, których nikt nie kontroluje, dopóki ktoś nie zgłosi masowego zatrucia.
Pakistan (DRAP): Tu jest najtrudniej. Choć prawo zabrania stosowania rtęci powyżej 1 ppm (tak jak w UE), Pakistan jest światowym centrum produkcji tanich kremów wybielających, które te normy mają za nic. Ochrona konsumenta często ogranicza się do… ostrzeżeń w gazetach po fakcie.
Aplikacje do składów – pomoc czy panika?
Tu wrócę do aplikacji oceniających składy kosmetyków – jednej z nich (nie wiem nawet, której, poza tym to drugorzędne) używała moja znajoma i przerażona czerwonymi wykrzyknikami przy INCI jakiegoś produktu, zrobiła czystki w łazience. Czy to było uzasadnione? Moim zdaniem – nie. Dlaczego? Istotna jest zasada Paracelsusa: “Dawka czyni truciznę”.
Niestety, aplikacje do „oceny jakości” kosmetyków nie biorą pod uwagę stężenia danej substancji. Owszem, są składniki jednoznacznie zakazane na jakimś rynku (vide cały mój wywód powyżej). Może być też tak, że jakiś składnik w jakimś stężeniu podrażnia skórę. Ale jeśli jest używany do stabilizacji składu kosmetyku, to zwykle stężenie jest znacząco niższe niż opisane jako mające potencjał drażniący. No i zostaje droga podania – są składniki szkodliwe, gdy dostaną się do układu pokarmowego. Przy nałożeniu na skórę nie mają tego działania. Nie jesteśmy amebami, nasza skóra to bardzo dobra bariera. Krem nie przenika do krwiobiegu. To wszystko trzeba brać pod uwagę.
Gorsze od martwienia się „toksycznymi” składnikami jest moim zdaniem przekonanie o wyższości „clean beauty” nad wszystkim innym, czy nad wyższością składników naturalnych nad tymi z laboratorium. Clean beauty nie ma jasnej definicji, jest raczej opisywane przez wykluczenie iluś składników produktów kosmetycznych – ale chciałabym powiedzieć, że najpiękniej sformułowany krem BEZ konserwantów spleśnieje. I to szybko. Nie, pleśń wyhodowana na kremie nie jest dobra dla skóry. Co więcej, składniki w kosmetyku to nie jest suma luźnych elementów, to receptura. Twórcy aplikacji rzadko biorą pod uwagę, że jeden składnik może niwelować drażniące działanie drugiego.
Najczęściej pojawia się też określenie „bez chemii”. Nie ma czegoś takiego. Woda to też chemia, bo chyba wszyscy wiemy, co to jest H2O. W ten sposób można opisać wszystko, co mamy, czego dotykamy, co nas otacza. Udawanie, że coś nie jest chemią, jest antynaukowe.
Muzeum Osobliwości: podróbki wczoraj i dziś
Całkowicie osobną kategorią kosmetyków są podróbki. Ich bezpieczeństwa nie da się oszacować, bo nie da się (bez badań laboratoryjnych dla każdego produktu osobno, co jest awykonalne) ocenić składu czegokolwiek, co udaje produkt legalny.
Jak być może wiecie, zajmowałam się podróbkami – ich wyśmiewaniem, rozpoznaniem, oceną autentyczności produktów – przez wiele lat. Częścią tego bloga są treści, które publikowałam na blogu o nazwie Podróbkowo Wielkie. Dziś zaglądam do archiwum. Zobaczcie, co było sprzedawane w internecie i na bazarach kilkanaście lat temu:




Nie chcę powiedzieć, że tego już nie ma, bo podróbki nadal są oferowane w internecie i zapewne stacjonarnie też, ale poza zestawem kremów Chanel za 199 zł, wysyłka gratis, jest też ileś innych zagrożeń.
Podróbki perfum
Jednym z najbardziej oczywistych zagrożeń są podróbki perfum. Nie dlatego, że po kilku minutach przestają pachnieć jak oryginał. Ale jak myślisz, co jest w środku? Zwykle jako baza niosąca substancje zapachowe używany jest etanol. Ale to dotyczy oryginalnych perfum. A podróbki? Kto to wie. Tańszym zastępstwem może być toksyczny metanol, bo dlaczego nie?
Tanie kosmetyki nie wiadomo skąd
To jest coś, na co trafiłam, szukając zupełnie czego innego. Ktoś wymienił nazwę jakiejś marki jako zastępstwa innej marki, którą znam i lubię, a ja wpadłam w króliczą norę. Większość trafień była ze sklepów z Dalekiego Wschodu, ale znalazłam też kilka polskich sklepów online, które oferują… No właśnie, co oferują?
Najpierw jeszcze jedno zastrzeżenie: nie podaję nazw ani adresów sklepów, bo nie mam ochoty odpowiadać na ewentualne pozwy. Sklepy są polskie w tym sensie, że nawigacja jest po polsku i sklep jest w polskiej domenie, ale biorąc pod uwagę, że czas dostawy podawany jest jako 30 dni roboczych, to coś mi mówi, że to dropshipping z Dalekiego Wschodu.
Ad rem, czyli co ja znalazłam. Tu zdjęcie:

I tak – być może jest to krem z filtrem. Trudno ocenić przed zakupem, bo znalezienie INCI graniczy z cudem – nie ma go na stronie sklepu, który w Polsce go wprowadza do obrotu, nie ma go W OGÓLE na stronie producenta, ale w internecie jest bardzo mało rzeczy, których nie da się znaleźć. Ktoś wrzucił skład tego preparatu (nie wiem, czy określenie „krem z filtrem” tutaj pasuje) na CosDNA.

Jednym słowem? Skansen (może też być „skandal”, jeśli wolisz). Nie będę może robiła szczegółowej analizy składników (bo analiza INCI nadal wiele może powiedzieć o składzie kosmetyku, ale musi być robiona w sposób rozsądny, a nie tylko „czerwone – śmietnik”), ale chciałabym zwrócić Waszą uwagę na 4-MBC, czyli 4-Methylbenzylidene Camphor.
4-MBC jest zakazane w Unii Europejskiej. Kompletnie. Cały tekst dyrektywy znajdziecie tutaj
a tu skrót:
„[…] SCCS zauważył jednak, że istnieją wystarczające dowody na to, że 4-Methylbenzylidene Camphor może działać jak substancja zaburzająca funkcjonowanie układu hormonalnego i ma wpływ zarówno na tarczycę, jak i na układ estrogenowy oraz że nie jest możliwe określenie maksymalnego stężenia dla bezpiecznego stosowania tej substancji. W świetle opinii SCCS można stwierdzić, że stosowanie 4-Methylbenzylidene Camphor jako substancji promieniochronnej w produktach kosmetycznych stwarza potencjalne ryzyko dla zdrowia ludzkiego. […] W celu zagwarantowania, by 4-Methylbenzylidene Camphor nie stosowano nadal w produktach kosmetycznych do celów innych niż jako substancję promieniochronną, co również stanowiłoby potencjalne zagrożenie dla zdrowia ludzi, jak wskazano w opinii SCCS, wszelkie stosowanie tej substancji w produktach kosmetycznych powinno być zakazane.”
Tak, że tego. Dodajmy, że to nie jest jedyny kosmetyk tej marki, którego skład budzi znaczące wątpliwości. Na stronie producenta znalazłam też inny preparat z filtrami (podobno):

Skład tego producent podaje na stronie internetowej, nie musiałam szukać.
I tak – nie ma tam 4-MBC, ale też nie ma tam niczego innego, co mogłoby uchodzić za filtr przeciwsłoneczny. Myślę, że mogę już zakończyć dowodzenie, że to zły produkt.
“No ale Ania, kto to w ogóle widział w Europie, skąd masz dowód, że ktokolwiek to sprzedaje?”

Inne produkty tej samej marki można kupić na Allegro. Nie chce mi się szukać, jakie mają składy – myślę, że wystarczająco udowodniłam, co jest zagrożeniem w kosmetykach. Nie jest to nic, co możesz kupić w drogerii czy perfumerii. Natomiast robienie zakupów z jakiegoś przypadkowego sklepu czy od “pani z IG” to moim zdaniem duże ryzyko.
Suweniry, które szkodzą
Kto nie lubi przywieźć sobie pamiątki z wakacji? Wiadomo, każdy lubi, ja sama w tym roku przywiozłam kosmetyki z Dubaju – i perfumy, i pielęgnację. Ale ja robiłam zakupy w drogeriach i perfumeriach w centrach handlowych. I nie chcę przez to powiedzieć, że na targu czy w małym sklepiku nie warto kupować, bo na targu kupuję przyprawy, a w małym sklepiku kupiłam dla siebie i dla Marka bardzo ładne, dobrej jakości chusty-szaliki (tzw. arafatki), ale mimo wszystko, paru rzeczy lepiej nie kupować.
Kajale i kohle
To jest produkt podwyższonego ryzyka. Tradycyjnie kajal był robiony z sadzy i ziół, ale w tych tanich, bazarowych wersjach (często bez naklejek) można znaleźć składniki, których normalnie by się nie rozważało w kontekście nakładania na skórę.
Ołów (Lead): To największy problem. Wiele tradycyjnych kohli z Indii, Pakistanu czy Maroka zawiera ogromne ilości siarczku ołowiu. Ołów przenika przez śluzówkę oka do organizmu. U dzieci (którym w tamtych kulturach też maluje się oczy „dla ochrony przed złym spojrzeniem”) może to powodować uszkodzenia mózgu i anemię.
Zanieczyszczenia mikrobiologiczne: Produkcja chałupnicza nie zna pojęcia sterylności. Wkładanie sobie do oka czegoś, co było mieszane w garażu, to proszenie się o ciężkie zapalenie rogówki.
Perfumy w kremie i olejki
Tutaj problemem są alergeny i fototoksyczność. W UE kompozycje zapachowe są bardzo pilnowane (stąd zakazy na Lilial czy ograniczenia na naturalne olejki cytrusowe). W Indiach czy Egipcie olejki są „naturalne”, co ludzie błędnie utożsamiają z „bezpieczne”. Tymczasem taki olejek może zawierać związki, które pod wpływem słońca wypalą Ci na skórze trwałe plamy (fototoksyczność) lub wywołają potężną alergię.
No i zawsze zostaje kwestia bazy takich perfum w kremie. Często to tanie oleje mineralne niewiadomego pochodzenia lub woski techniczne, które mogą być zanieczyszczone wielopierścieniowymi węglowodorami aromatycznymi (WWA).
Świece z “domowych manufaktur”
To akurat nie musi być prezent z drugiego końca świata. Podczas mojego researchu, przeglądałam też OLX i nie macie pojęcia, ile tam jest produktów kompletnie poza wszelką certyfikacją. Na pewno są niewielkie przedsiębiorstwa, które produkują doskonałej jakości świece, woski do palenia itp. Nie znam ich, nie dlatego że podejrzewam, że nie istnieją, ale dlatego, że nie lubię otwartego ognia, nie palę świeczek, kadzidełek, niczego takiego.
Wracając do tych świec o zapachu „jak” Dior, Chanel czy Jo Malone – to moim zdaniem ryzykowny zakup. Już lepiej kupić Yankee Candle, nie musisz od razu wydawać kilkuset zł na Jo Malone. Ale Yankee Candle muszą używać kompozycji zapachowych, które mają certyfikat IFRA i są dopuszczone do spalania. To znaczy, że ktoś zbadał, czy po podgrzaniu tego olejku nie uwalniają się toksyczne opary (np. benzen).
Producent takich tanich świec, oferowanych na OLX, często kupuje tani olejek zapachowy „o zapachu Jo Malone” na litry z hurtowni przemysłowej. Te olejki często nie są przeznaczone do świec, tylko np. do mydeł lub dyfuzorów. Po podpaleniu ich skład chemiczny się zmienia i możesz wdychać tablicę Mendelejewa.
Każda świeca sprzedawana w UE musi mieć etykietę CLP (Chemical Labeling and Packaging). To te piktogramy na spodzie, które mówią, czy może powodować alergie. Większość „domowych twórców” na OLX ignoruje ten obowiązek, bo sporządzenie takiej karty u chemika kosztuje. Sprzedają więc produkt, który oficjalnie nie przeszedł żadnej weryfikacji toksykologicznej.
I jeszcze jedno – znalazłam świece opisane jako „ekologiczna świeca sojowa lub palmowa”. Wosk palmowy to olej palmowy po chemicznym liftingu. Określanie go mianem naturalnej alternatywy dla parafiny to jak zamiana plastiku na drewno pochodzące z nielegalnej wycinki. Jeśli chcesz być naprawdę eko i używać czegoś, co jest bezpieczne dla Ciebie i zwierząt – wybierz polski wosk pszczeli lub rzepakowy. Płuca i orangutany Ci podziękują.
Photo by Enecta Cannabis extracts on Unsplash
Related posts

Cześć!
Mam na imię Ania. W moim blogu znajdziesz masę porad o tym, jak dobrze wybierać – tak, żeby było pięknie. Szukasz przepisu na obiad, chcesz zrobić udane zakupy, a może nie wiesz, jak rozpoznać podróbkę? Zapraszam!Masz pytania? Napisz do mnie:
ania@jestpieknie.pl
